W 70. rocznicę mordu katyńskiego i 66 mordu w turzańskim lesie

Piotr Ożóg

 

Obóz NKWD w Trzebusce i mord w Turzy

(fragmenty tekstu przygotowanego na prośbę KSM w Sokołowie Młp. w  I
a poszerzonego i poprawionego we IX 2010r.; tekst dostępny jest w całości w publikacji TMZS – Roczniku Sokołowskim nr 7)

 

 

Wyzwolenie

W końcu lipca 1944r., Armia Czerwona wkroczyła na tereny Rzeszowszczyzny. Armia Krajowa współdziałając z armią sowiecką, starała się na ile tylko to było możliwe realizować plan „Burza” i w miarę samodzielnie wyzwalać polskie ziemie. Zasadnicze walki w ramach Burzy na terenie Obwodu AK Kolbuszowa „Kefir” trwały od 25 lipca do 2 sierpnia 1944r., po czym cały ten teren został wyzwolony. Nastąpiła długo oczekiwana wolność. Ale jej smak okazał się już wkrótce cierpki, po pojawieniu się w Sokołowie i okolicznych miejscowościach sowieckiego NKWD.

(…) Na mocy porozumienia z 26 lipca 1944 roku, pomiędzy dopiero co powstałym PKWN a rządem ZSRR, na zajmowanych przez Armię Czerwoną ziemiach polskich znajdujących się w strefie działań wojennych, położonych na zachód od tzw. Linii Curzona, „władza najwyższa i odpowiedzialność we wszystkich sprawach dotyczących prowadzenia wojny”, koncentrować się miały „w ręku wodza naczelnego wojsk sowieckich”. Artykuł 7 tego porozumienia mówi, że wszystkie przestępstwa popełnione w strefie działań wojennych, także podlegają jurysdykcji naczelnego wodza (granicy strefy działań wojennych do końca 1944 r. nie ustalono – przyp. O. P.). Oznaczało to, że los ludności polskiej, tak osób cywilnych jak i żołnierzy AK, podlegała woli generalissimusa Stalina – w praktyce jurysdykcji sowieckich sądów wojskowych. (…)

Obóz NKWD w Trzebusce

Na terenie Polski Lubelskiej wkrótce po przetoczeniu się frontu radziecko – niemieckiego pojawiły się liczne obozy – więzienia NKWD. Przetrzymywano w nich tych wszystkich, których NKWD określiło mianem zdrajców lub przeciwników politycznych. Obozy NKWD miały różny charakter; część z nich była obozami zbiorczymi czy przejściowymi (np. Przemyśl – Bakończyce, Lwów, Brześć n/Bugiem). Ludzi którzy tam trafiali, po pewnym okresie czasu, niezbędnym do zebrania większej ilości więźniów, wywożono do łagrów NKWD na terenie ZSRR. Część obozów, NKWD tworzyło na miejscu obozów poniemieckich, z czasów II wojny światowej (np. Rembertów pod Warszawą, Skrobów k/Lubartowa). Jeńcy przetrzymywani byli w barakach pozostałych po poprzednich obozach. Najtrudniejsze warunki panowały jednak  w prowizorycznych obozach NKWD, jak określano je – typu polowego. Jeńcy tych obozów mieszkali w ziemiankach wykopanych w ziemi. Charakterystycznymi dla tego rodzaju obozów były pośpieszne przesłuchania, procesy i sądy (wszystko to mogło zamknąć się w jednym dniu, łączniez wykonaniem wyroku). W wyniku wyroków, większość więźniów przewożono do obozów przejściowych NKWD a następnie do łagrów na terenie ZSRR. Spora część jeńców, ginęła jednak mordowana w lasach przez „Smersz”. Tego typu obozami typu polowego, był m.in. obóz w Trzebusce, Rudniku n/Sanem, Jastkowicach k/Stalowej Woli, Byszówce k/Klimontowa itd. Obozów NKWD i tych nadzorowanych przez NKWD było bardzo dużo. Według szacunków, wyroki śmierci wykonywano w ponad 100 miejscowościach a część z nich była wspólnym dziełem polskiego i radzieckiego aparatu represji. (…)

To zaskakujący zbieg okoliczności – ale porozumienie z 26 lipca między PKWN a rządem ZSRR, przypadło w ten sam dzień w którym w Trzebusce pojawili się pierwsi Sowieci. Przez pół miesiąca wprawdzie było   w miarę spokojnie, ale we wtorek 15 sierpnia 1944r. pojawił się we wsi 70 osobowy oddział żołnierzy Armii Czerwonej I Frontu Ukraińskiego i funkcjonariuszy NKWD, który rozpoczął prace przygotowawcze pod powstanie przyszłego obozu NKWD. Pod teren przyszłego obozu zajęto również część parceli należących do Jana Chorzępy, Tomasza Rumaka i Walerii Noworól. Na teren pastwiska gromadzkiego, gdzie znajdował się tzw. dom spółdzielczy, przywieziono pale, deski i drut kolczasty. Przez wieś przeszedł żołnierz radziecki z automatem i na pół prośbą pół groźbą „zachęcał” mężczyzni młodzieńców do zabrania ze sobą rydla oraz udania się z nim na teren pastwiska. Na miejscu zebrała się grupa ok. 10 – 15 mieszkańców Trzebuski, którym nakazano kopać we wskazanym punkcie doły. Nadzorowani przez 2 żołnierzy wykopali w ten sposób co najmniej 5 dużych dołów. Ich wymiary są różne u świadków. Według np. Jana Chorzępy miały one 4m. długości, 3 szerokości i 2 głębokości. (…)

(…) Według mieszkańca Trzebuski Jana Surowca, wykończenie ziemianek pozostało do wykonania dla żołnierzy radzieckich. Oni wykonali z desek obudowę ścian oraz ich zadaszenie, po czym dach ziemianki obłożono darnią. Ziemianki miały tylko 2 otwory. Jednym z nich było malutkie okienko – lufcik, pełniący rolę wentylacji pomieszczenia, drugim otwór w dachu – właz. Właśnie przez właz wprowadzano później więźniów do ziemianek, pomagając sobie przy tym przynoszoną za każdy razem drabinką. Jedynym, „wyposażeniem” ziemianek w czasie funkcjonowania obozu była słoma którą wymoszczono dół pomieszczenia, oraz „parasza” – kubeł na nieczystości. Po wykonaniu ziemianek żołnierze radzieccy przystąpili do ogrodzenia terenu przyszłego obozu. Do jego wykonania posłużyły dwumetrowe pale i drut kolczasty. Od strony północnej gdzie jest wzniesienie, obóz dodatkowo miał przesłaniać wysoki „parawan” z desek. W tym samym czasie, żołnierze sowieccy zajęli się też pracą przy domu spółdzielczym. Okna budynku zbudowanego z pustaków zabili deskami, w drzwiach powycinali wizjery. Wkrótce miał on stać się więzieniem dla ludzi przywiezionych przez NKWD. W środku domu spółdzielczego był sklep, sala taneczna i magazyn. W najmniejszym jego pomieszczeniu w trakcie funkcjonowania obozu, urządzono kuchnię dla więźniów. W pozostałych pomieszczeniach upychano więźniów. (…)

(…) Po zakończeniu prac związanych z przygotowaniem obozu, Sowieci zaczęli szukać kwater w pobliskich domostwach. Zajęli m. in. domy: Jana Chorzępy, Tomasza Rumaka, Walerii Noworól, Wiktorii Bąk, Tadeusza Stopy, Heleny Kwiecień. W obejściu Walerii Noworól umieszczono kuchnię polową,   a w jej mieszkaniu urządzono jadalnię. Całej rodzinie Noworólów kazano zamieszkać w stodole. Podobnie traktowano i innych mieszkańców wsi – wszędzie gdzie kwaterowali oficerowie NKWD, z zasady mieszkańcy domów musieli przenosić się do innych pomieszczeń gospodarskich (czasami nawet wyprowadzać się do krewnych). Tak w domu Chorzępy Marcina (ojca Jana) kwaterował komendant obozu „pułkownik kompanijny” wraz z adiutantem,a w całym obejściu gospodarstwa (głównie w budynku znajdującym się naprzeciwko domu Chorzępów) 50 żołnierzy, którzy wkrótce jak okazało się – byli strażnikami obozowymi. W domu u sąsiada Chorzępów – Tadeusza Stopy, żołnierze radzieccy przygotowali pomieszczenia w których niebawem kwaterowali „sędziowie” jeńców obozu (czyli zapewne członkowie radzieckiego Wojennego Trybunału), podczas swych cotygodniowych posiedzeń. (…)

(…) Prawdopodobnie w czwartek 17 sierpnia 1944r. nocą, na ogrodzony przez żołnierzy radzieckich teren, przyjechało kilka wojskowych samochodów ciężarowych. Ich przyjazd zainteresował niektórych mieszkańców wioski, którzy zaczęli nazajutrz obserwować teren za ogrodzeniem. Wkrótce wyszło na jaw, że w ziemianach oraz w domu spółdzielczym umieszczono ok. 100 ludzi. Rankiem Jan Chorzępa zobaczył więźniów, gdy wypuszczono ich na krótki spacer wokół domu spółdzielczego. Mieli na sobie przeważnie cywilne ubrania. Niektórzy nosili pozbawione dystynkcji wojskowe mundury; zarówno polskie jak i radzieckie. Wśród więźniów, Jan Chorzępa zauważył też młodą dziewczynę. (…)

Już w pierwszym tygodniu funkcjonowania obozu w czwartek (byłoby to więc 24 sierpnia 1944r.), Jan Chorzępa zaobserwował, że w stronę odległego o ok. 3 km lasu w Turzy, prowadzono pod eskortą radzieckich żołnierzy4 więźniów z łopatami. Mieli oni zapewne wykopać dół na masowy grób. Nie wiadomo też czy ci więźniowie wrócili z tej wyprawy do obozu, czy też „zostali” już w lesie. W nocy, młodego Janka Chorzępę, śpiącego na strychu, znajdującej się w pobliżu stajni – obudził warkot samochodu ciężarowego, który wjechał na teren obozu. Przez okienko na strychu, Chorzępa zobaczył go wkrótce jak wyjeżdżał z niego w drodze powrotnej. Tył samochodu, oświetlał reflektorami jadący w pewnym oddaleniu za nim gazik, wiozący oficerów NKWD. Na „pace” samochodu ciężarowego, siedzieli nago lub w samej bieliźnie powiązani ludzie, a obok nich po bokach żołnierze z „pepeszami”. Samochody pojechały w kierunku lasu w Turzy. Jan Chorzępa przypomniał sobie, że dzień wcześniej do obozu przyjechał pułkownik i nad jedną z ziemianek odczytywał coś – zapewne wyroki. Po pewnym czasie, młodzieniec zaobserwował również, że skazanych na śmierć jeńców, zabierano do jednej ziemianki. Potwierdził to później więzień Trzebuski – por. Zygmunt Łanowski; ps. „Damian”, adiutant gen. AK Władysława Filipkowskiego ps. „Janka”. W swej relacji z pobytu w Trzebusce m. in. napisał:

„Obok jednej z ziemianek była wbita w ziemię tabliczka z napisem „BT” oznaczającym „Wojennyj Tribunał”. Z tej ziemianki – jak szeptano między więźniami – szło się na śmierć albo w najlepszym razie do karnych batalionów na front”.

(…) Licząc kolejne czwartki podczas trwania obozu: 24 i 31 sierpnia, 7, 14, 21, 28 września, 5, 12, 19, 26 października i 2 oraz ewentualnie 9 listopada 1944r. mamy w sumie 11 bądź 12 czwartków, podczas których wywożono z obozu jeńców na egzekucje. Jeśli przyjmiemy że w ziemiance oznaczonej złowieszczą tabliczką „BT”, mogło się pomieścić do 20 jeńców a na pace samochodu dostawczego raczej też nie więcej, można się podjąć ostrożnych szacunków – ilu więźniów obozu NKWD w Trzebusce zostało pomordowanych w niedalekich lasach (chodzi o las w Turzy i las nienadowski). Sumując w ten sposób otrzymamy liczbę 220 bądź 240 ludzi. (…)

Na podstawie relacji Jana Chorzępy oraz więźnia Trzebuski Michała Sobienia ps. „Wrzos”- AK – owca z placówki w Muninie k/Jarosławia; można odzwierciedlić obozową codzienność życia jeńców NKWD. Toczyła się ona według monotonnego stereotypu. O świcie była pobudka i kolejny wymarsz grup więźniów, którzy maszerowali zawsze czwórkami w południowo – wschodni fragment obozu, w celu załatwienia potrzeb fizjologicznych. Tam,w rogu obozu niedaleko ogrodzenia, wykopano rów, nad którym umocowano żerdź – to był cały sanitariat. Następnie jeńcy powracali do miejsc uwięzienia. W południe, znów czwórkami przeprowadzano więźniów na 20 minutowy spacer, po czym znów znikali w ziemiankach i domu spółdzielczym. Pojawić znów mieli się dopiero przed zmierzchem, gdy w takim samym porządku co rankiem, pozwalano im na skorzystanie z prymitywnej latryny. (…)

Wyżywienie więźniów było bardzo skromne, miało zapewne przede wszystkim wystarczyć do tego, by nie umrzeć. Michał Sobień przebywający w Trzebusce najdłużej (oczywiście ze znanych nam świadków), bo przez 27 dni września twierdził, że rano wszyscy przetrzymywani dostawali „herbatę”. Była ona wywarem z gałęzi i ziół. Na obiad będący zarazem kolacją więźniowie otrzymywali „cienką” zupkę i kromkę chleba. Innym razem wspomina, że częstym daniem była kartoflanka.

Warunki przebywania uwięzionych były bardziej nawet niż spartańskie. Na początku istnienia obozu, kiedy było jeszcze ciepło; w dużych ziemiankach w których przebywało ok. 18 –20 osób, było bardzo duszno. Było w nich bardzo ciasno i były co było normalnością w takich warunkach – zawszone. Dodatkowym „utrudnieniem” był kubeł z nieczystościami, który potęgował jeszcze duszność pomieszczenia. Po deszczu stano po kolana w wodzie, tylko raz dziennie pozwalano ją wybrać. (…) Pod koniec funkcjonowania obozu warunki były jeszcze cięższe (zlikwidowano go dopiero w pierwszej połowie listopada 1944 r.). Wtedy zaczęły się przymrozki, a nawet kilkunastostopniowe mrozy.

Największy wpływ na samopoczucie i stan psychiczny więźniów miały przesłuchania i cotygodniowe – czwartkowe „sądy”. Przesłuchania odbywały się przeważnie w dzień; były jednak też i nocne. Trwały przeważnie kilka godzini dotyczyły w przypadku Polaków głównie szczegółów zorganizowania  i przebiegu akcji „Burza”. (…) Wielką niewiadomą był też wyrok. Sąd przyjeżdżał do obozu zielonym autobusem. Po każdym jego pobycie, ziemianki opróżniały się w znacznym stopniu. „Rotacja” więźniów obozu była bardzo duża. Niewielu było takich, którzy przebywali w obozie dłużej niż „Wrzos”. Samochody nocami ciągle kogoś przywoziły lub wywoziły.

(…)Dzięki nagłośnieniu sprawy Trzebuski po 1989r., znamy dziś wielu więźniów obozu NKWD w tejże wsi. Najbardziej znaczącą postacią przetrzymywaną w obozie, był gen. Władysław Filipkowski, komendant Obszaru Południowo – Wschodniego AK. Przywieziono go do Trzebuski wraz     z innymi członkami delegacji, z jaką gen. Filipkowski udał się do Żytomierza na rozmowy z reprezentacją Wojska Polskiego, którą tworzyli m. in. gen. Michał Żymierski, płk. Marian Spychalski i gen. Połturzycki. Rozmowy przy pośrednictwie radzieckim miały dotyczyć utworzenia V Dywizji Piechoty AK. Tam aresztowało ich jednak NKWD i przez m. in. Kijów, Lwów przewieziono    z czasem do Trzebuski. Tak obok  gen. Filipkowskiego do obozu tutejszego trafili: jego zastępca oraz komendant Okręgu Tarnopol – płk. Franciszek Studziński ps. „Rawicz”, Szef Sztabu i oddziału II Komendy Obszaru – ppłk. Henryk Pohoski ps. „Walery”, komendant Okręgu AK Lwów – płk. Stefan Czerwiński ps. „Karabin” oraz wspomniany już, adiutant gen. – por. Zygmunt Łanowski. (…)Oprócz Pohoskiego, któremu udało się uciec we Lwowie, wszyscy pozostali trafili do Targówna na terenie ZSRR. Generał Filipkowski przebywał m. in. w łagrach w Charkowie i Diagilewie. Nie jest więc prawdą to, co podejrzewali powszechnie już w 1944r. żołnierze AK, że Filipkowski i członkowie jego sztabu zginęli w turzańskim lesie.

(…)Po dokonanej w 1990r. ekshumacji szczątków ludzkich pozostałych po mordowanych jeńcach obozu NKWD w Trzebusce, poznaliśmy jeszcze trzech więźniów obozu. Byli to żołnierze placówki AK w Ropczycach: ppor. Zdzisław Brunowski ps „Cygan”, chor. Eugeniusz Zymróz ps. „Macedończyk” i chor. Zdzisław Łaskawiec ps. „Monter”.

(…) Do likwidacji obozu Sowieci przystąpili w pierwszych dniach listopada 1944r., po wywiezieniu bądź straceniu ostatnich jego więźniów. Prace związane z zatarciem śladów istnienia obozu wykonali żołnierze radzieccy. Deski, słupy i drut kolczasty wywieziono, a doły po ich dokładnym przekopaniu – zasypano. Likwidacja obozu nastąpiła niedługo po tym, gdy żołnierze AK rozrzucili w Rzeszowie, Sokołowie Młp. i okolicy Trzebuski ulotki. Informowały one o mordowaniu więźniów NKWD w Turzy. Wkrótce, na terenie obozu pojawił się gen. radziecki – prawdopodobnie był to sam Koniew, po czym rozpoczęto likwidację obozu. (…)

Trudno dziś ocenić ile osób więziono przez okres blisko trzech miesięcy w Trzebusce (o własnych szacunkach wspominałem wcześniej). Wiedzący o obozie najwięcej, mieszkający w pobliżu Jan Chorzępa szacował; że jednorazowo w obozie trzymano 250 więźniów, przez obóz przeszło ok. 2,5 tysiąca, a zamordowanych w Turzy może być ok. 300 osób. (…)

Mord w lesie turzańskim

 

(…) Jeszcze w trakcie funkcjonowania obozu NKWD w Trzebusce, spora część mieszkańców wsi, wiedziała o mordach dokonywanych na jego jeńcach. Pijani funkcjonariusze NKWD, którzy kwaterowali na terenie prawie całej wsi, czasem mówili wieśniakom o tragicznych losach bezbronnych więźniów obozu. Mówili, że ich nie rozstrzeliwano lecz – „riezano” – ze względu na oszczędzanie cennej amunicji. Ta oszczędność, miała według NKWD–zistów wynikać ze słów samego Stalina. Przestrzegano więc słowa wielkiego wodza sumiennie, mimo poważnych rozterek moralnych niektórych oficerów NKWD – którzy alkoholem próbowali przytłumić wyrzuty własnych sumień. Takie rozterki przeżywał sam komendant obozu NKWD w Trzebusce, wspomniany już wcześniej – „pułkownik kompanijny”. (…)

Wieści o tych i podobnych wynurzeniach NKWD-zistów, szybko rozprzestrzeniły się, powtarzane z ust do ust, wśród mieszkańców Trzebuski. Wkrótce niektórzy z nich pokazywali sobie nawzajem, którzy konkretnie oficerowie „riezali” w lesie turzańskim. (…)

Z czasem, pojawili się i tacy ludzie którzy zapewniali, że byli świadkami dokonywanej w lesie turzańskim zbrodni. Do takich ludzi należeli trzej mężczyźni z Turzy, którzy przypadkowo znaleźli się w tym miejscu podczas egzekucji. Przed śmiercią, więźniowie mieli klęczeć nad wykopanym rowem... Świadkiem mordu miała być też Rozalia Ciupak z Turzy oraz Bałamut  z Trzebuski – który gdy zobaczył co tam miało miejsce, przestraszony czołgał się między krzakami kilkaset metrów – uciekając w popłochu. Takich świadków było więcej, zwykle jednak nie chcieli mówić o tym co widzieli.32

W końcu, o odbywających się co czwartek egzekucjach, dowiedziało się lokalne dowództwo AK z Sokołowa Młp. Trudno jednoznacznie stwierdzić, kiedy ta informacja wpłynęła i przez kogo została do centrali sokołowskiej AK przekazana. Być może pierwszą osobą która to uczyniła, był Jan Chorzępa. Opowiedział on żołnierzowi AK – Wojciechowi Pikorowi – pijackie wynurzenia komendanta obozu w Trzebusce. Powiedział mu też, że widział jak w piecu domu pułkownika, pali się jakąś pokrwawioną bieliznę. Wiadomość o dokonywanych w lesie turzańskim egzekucjach, wydała się dowództwu AK  z Sokołowa Młp. tak nieprawdopodobną, że należało ją potwierdzić. Według innych danych, świeże ślady mogił znajdujące się na terenie leśnych parceli Jana Deca i Józefa Nizioła (gospodarzy z Turzy), odkrył jeden z miejscowych członków AK. O swym odkryciu zameldował oficerowi AK, por. Władysławowi Nazimkowi ps. „Drzazga” (był on oficerem wywiadu i piastował wówczas odpowiedzialne stanowisko – zastępcy dowódcy Obwodu AK Kolbuszowa). Władysław Nazimek wydał rozkaz sprawdzenia miejsca, gdzie miano dokonywać mordów w Turzy.

Dziś z całą pewnością można stwierdzić, iż były co najmniej dwie wyprawy AK-owców z placówek sokołowskich, które miały za zadanie wykonanie polecenia por. Władysława Nazimka. W pierwszej z wypraw, która miała miejsce w końcu października 1944 r., wzięli udział: kpr. Jan Bełz, Jan Ożóg oraz Józef Buczak – wszyscy z Nienadówki. Tę wyprawę według Bełza, zlecił im bezpośrednio najprawdopodobniej dowódca jednej z placówek sokołowskich (Sosna II) – ppor. Józef Guzenda. Do tej placówki, wszyscy ci żołnierze AK przynależeli. Ich zadanie polegać miało na znalezieniu  i odkopaniu jednego z grobów, wydobyciu zwłok, oczyszczeniu i ich sfotografowaniu. W godzinach popołudniowych, wyposażeni w łopaty i aparat fotograficzny wyruszyli najpierw do lasu w Trzebusce. Tam, na wyznaczonym miejscu, spotkali dwóch nieznanych mężczyzn – którzy byli żołnierzami Kedywu. Oni poprowadzili ich lasem do lasu chłopskiego w Turzy. Pokazali gdzie kopać. Nic tego miejsca nie wyróżniało; rósł mech, borowina. Nie było śladu wysypywania zbędnej ziemi, w miejsce której później umieszczono zwłoki pomordowanych. Dopiero później Jan Bełz zauważył nacięcia na drzewach. Płytko, na ok. pół metrowej głębokości kopiący natrafili na ciała zabitych. Żołnierze Kedywu nakazali przerwać pracę, ostrzegając że ich „to samo spotka”. Obawy były nie bezpodstawne. Obóz NKWD w Trzebusce jeszcze funkcjonował, a w lesie turzańskim łatwo można było natknąć się na radzieckich żołnierzy. Gdy jednak nieznajomi AK-owcy odeszli w kierunku Turzy, Jan Bełz po przejściu kilkudziesięciu metrów nakazał kolegom powrócić w dopiero co opuszczone miejsce. Bełz nie wierzył jeszcze w istnienie grobów, które musiały powstać w krótkim czasie i były tak znakomicie zamaskowane. Postanowili przynajmniej jeden odkopać. Podczas odkopywania, znów na głębokości ok. pół metra, natrafili na zwłoki. Nie wyciągali ich z powodu straszliwego fetoru i ciemnej cieczy która wypłynęła spod łopat. Grób zakopali więc szybko i szukali następnych. W sumie odszukali ich tam 9 o długości 6m   i szerokości 8m.; nie znajdowały się one w jednym rzędzie, lecz porozrzucane były po całym fragmencie lasu w różnych odległościach od siebie. Między grobami rosły drzewa. (…)

Do kolejnej, dużo większej wyprawy żołnierzy AK – doszło w drugiej połowie listopada 1944 r. – kiedy obóz NKWD w Trzebusce został już zlikwidowany. W wyprawie tej pod dowództwem oficera wywiadu Bolesława Nazimka z Sokołowa Młp., wzięło udział ponad 20 osób. Do nich należeli m. in.: kapelan AK – ks. Józef Pelc, lekarz Mieczysław Jabłoński, Stanisław Piela  z Sokołowa Młp., Julian Kurasiński z Trzebosi i Walenty Nowak z Nienadówki. Grupa pod osłoną nocy ruszyła do lasu w Turzy. Tam, przy świetle latarek, znaleźli w kilku miejscach dobrze zamaskowane groby. W miejscach gdzie się znajdowały, teren był wyraźnie obniżony. Odkopano część największego spośród grobów jakie wówczas znaleźli. Po odłożeniu wierzchniej, półmetrowej warstwy ziemi, natrafiono na gałęzie. Pod nimi w trzech warstwach ułożone były ciała pomordowanych. Mimo wydobywającego się z grobu przykrego odoru, wydobyto z niego delikatnie kilka zwłok, by lekarz Jabłoński mógł dokonać obdukcji. W jej wyniku lekarz stwierdził, że ofiary mordowano przez przecięcie nożem krtani lub żył na karku. Na ciałach wszystkich zabitych ludzi, które wówczas widziano – widoczne były ślady poderżnięcia. Zwłoki leżące     w dole były nagie, ich ręce były skrępowane drutem. Uczestniczący w wyprawie – Julian Kurasiński, rozpoznał jedną z pochowanych osób. Była nią młoda dziewczyna, sanitariuszka jednego z dwóch oddziałów AK które z tego terenu ruszyły na pomoc walczącej Warszawie (chodzi o Powstanie Warszawskie). Kobietę miało też rozpoznać kilku innych uczestników wyprawy do lasu turzańskiego. (…)

Tak jak już wcześniej wspomniałem, trudno jednoznacznie określić, ile   w sumie tajnych „ekshumacji” miało miejsce w 1944 i 1945 r. Oprócz tych dokonywanych przez AK, miały bowiem miejsce również i takie, które dokonywane były przez mieszkańców okolicznych wiosek. Z całą pewnością groby w Turzy odkopywali: Julian Wiącek z Raniżowa i Tadeusz Pikor; oraz Jan Dec i jego brat Józef mieszkańcy Turzy (we fragmencie lasu należącym do ich rodziny znajdowały się groby pomordowanych).

(…) Wyjątkowa akcja „ekshumacyjna” w lesie turzańskim, odbyła się wiosną 1946 r. Wówczas to, grupa byłych żołnierzy AK z Nienadówki: Józef Buczak, Antoni Buczak, Jan Ożóg i Jan Bełz, poszukiwali w tym lesie ciała Jana Buczaka (brata Józefa i Antoniego Buczak). Jan Buczak był żołnierzem AK. 23 listopada 1944 r. podczas obławy jaką NKWD zorganizowało na jego dom, został ciężko ranny. Zmarł po 2 dniach w szpitalu w Rzeszowie. Rodzina przywiozła jego ciało do Nienadówki, by pogrzebać je na miejscowym cmentarzu. W nocy poprzedzającej dzień pogrzebu, do domu Buczaków wtargnęli NKWD - ziści, którzy siłą zabrali trumnę z ciałem zmarłegoi wywieźli w kierunku Trzebuski – Turzy. Nie wiadomo, gdzie go pochowali. Bracia Jana – Józef i Antoni – zostali feralnego 23 listopada pobici i aresztowani przez NKWD. Wkrótce po procesie na zamku Lubomirskich w Rzeszowie, Józefa wywieziono do łagru na terenie ZSRR. Przebywał tam do października 1945 r. Antoni natomiast był więziony na zamku w Rzeszowie. Po powrocie do rodzinnej wsi, dowiedziawszy się w którym kierunku NKWD-ziści wywieźli ciało zabitego brata; obydwaj bracia zapragnęli odnaleźć jego grób. Okoliczni mieszkańcy przekazali Buczakom informacje o pojedynczych grobach, które powstały w trakcie stacjonowania wojsk radzieckich i NKWD w Trzebusce. Obydwaj bracia wspólnie z Janem Bełzem i Janem Ożogiem rozpoczęli poszukiwania. Ciało Jana Buczaka mieli rozpoznać po charakterystycznej fryzurze (czesał się na jeża) i uzębieniu (miał wstawione dwa złote zęby w górnej szczęce z przodu). Posuwając się od skraju lasu w Trzebusce, kierowali się stopniowo do lasu turzańskiego. Po „drodze” odkopali w sumie ok. 6 pojedynczych grobów. Dwie mogiły znajdowały się na skraju lasu  w Trzebusce – tuż za ogrodzeniem gospodarstwa Słoninów. Pozostałe znajdowały się niezbyt głęboko w lesie, na kierunku Trzebuska – Turza. Ciała leżały w nich na głębokości ok. 1,5m, przeważnie twarzą w dół. Zwłoki miały ręce związane z tyłu. Jedna ofiara mordu, miała przestrzeloną od tyłu głowę. Dwie lub trzy ofiary miały poderżnięte gardło; ich koszule były z przodu całe czarne – prawdopodobnie od krwi. Wszystkie znalezione zwłoki zakopane były w samej bieliźnie, i znajdowały się w początkowym stanie rozkładu. W żadnym z grobów nie znaleziono zwłok Jana Buczaka.

(…) Nie wiadomo, czy opisane powyżej tajne „ekshumacje” są wszystkimi, jakie miały miejsce w 1944 r. i w okresie kilku powojennych lat. Być może było ich więcej, ale osoby które je przeprowadzały nie chciały lub nie zdążyły się informacjami na ten temat podzielić z innymi ludźmi. Czasy powojenne nie sprzyjały wyznaniom. Relacje które zachowały się, dają jednak wyciągnąć jasny wniosek. W lesie turzańskim NKWD mordowało więźniów obozu w Trzebusce, a ich ciała spoczywały tam m. in. w dużych masowych grobach. Jednym z dowodów na to, że środowisko AK – owskie wiedziało o zbrodni NKWD w Turzy jeszcze w 1944 r. , jest zapis w pamiętniku żołnierza AK z Obwodu Kolbuszowa – Teodora Mytycha ps. „Soplica”. We wspomnianym pamiętniku, w którym autor spisywał na bieżąco informacje z wydarzeń na terenie Kolbuszowy i okolic od sierpnia do listopada 1944 r., znajduje się następujący zapis:

 „W Trzebusce pod Sokołowem odkryto masowy grób oficerów AK ze Lwowa (...)”.

Zapis ten w pamiętniku figuruje pod datą 27 października 1944 r. Mimo, iż jego druga część mija się z prawdą (podejrzewano bowiem powszechnie, że w lesie Turzańskim zamordowano gen. Filipkowskiego wraz z towarzyszącymi mu w obozie NKWD w Trzebusce oficerami), jego pierwsza część, jest dla historyków bardzo cenna.

Do 1981 r. „sprawy Turzy” nikt oficjalnie nie podejmował. Niektórzy jednak ludzie, w których wydarzenia z 1944 r. zapadły zbyt głęboko w pamięci, w rozmowach z bardziej zaufanymi osobami – nieustannie do tej „sprawy” powracali. Wieść o tym, dochodziła do reprezentantów „władzy” Polski Ludowej; powtarzały się więc u osób lepiej poinformowanych wizyty funkcjonariuszy UB. Do osób które często  odwiedzane były przez „panów w cywilnych garniturach” należeli: Jan Chorzępa i ks. Józef Pelc.

Na początku lat 80 – tych, zainteresowanie wydarzeniami w Trzebusce i Turzy w 1944 r. wyraźnie wzrosło.  Wiązało się to też z ogólną sytuacją polityczną w kraju – w 1980 r. powstała „Solidarność”. W kraju pojawiły się nowe nadzieje na wyjaśnienie tajemnic z czasów II wojny światowej i lat powojennych. Wówczas to, według relacji Walentego Pikora z Nienadówki – Walenty Nowak (mieszkaniec tej samej wsi) napisał niedługo przed swoją śmiercią „artykuł” który nawiązywał tematem do sprawy Trzebuski i Turzy. Nosił on tytuł „Wyzwolenie, jego blaski i cienie”. Niestety, w okresie stanu wojennego funkcjonariusze UB dokonali w mieszkaniu Walentego Nowaka rewizji i znalezione notatki zabrali ze sobą.46

W 1980 r. „na fali” wspomnianego zainteresowania sprawami Trzebuski   i Turzy, pojawiły się osoby, które zbierały wśród mieszkańców Sokołowszczyzny relacje na ten temat. Byli to albo żołnierze AK, albo ludzie którzy już wkrótce znaleźli się w strukturach „Solidarności”. (…)

Jesienią 1981 r. Międzyzakładowy Komitet Regionalny „Solidarności” z Rzeszowa przekazał do Prokuratury Generalnej w Warszawie doniesienie o ludobójstwie, którego dokonano w lesie turzańskim. Prokuratura Generalna skierowała odpowiedni wniosek do Prokuratury Wojewódzkiej w Rzeszowie. Tak rozpoczęło się po raz pierwszy śledztwo w sprawie mordu w Turzy. Śledztwo to zostało powierzone prokuratorowi Adamowi Pelcowi. Zlecono mu przeprowadzenie czynności wyjaśniających w sprawie „rzekomych” zbiorowych mogił w Turzy. Prokurator przesłuchał zaledwie kilku świadków. Nieufność mieszkańców Trzebuski i Turzy była tak duża, że nie pozwoliła mu na zebranie dostatecznego materiału dowodowego. Zapytywani ludzie, nie chcieli mu udzielić informacji – kto i kiedy dokonał eksterminacji zabitych w lesie turzańskim ludzi. Mówiono tylko, że było to pod koniec wojny. Nikt nie chciał też wskazać prokuratorowi miejsca zbiorowej mogiły. Być może i zachowanie samego prokuratora Pelca, nie pozwoliło na zebranie bardziej cennych danych. W rozmowie z Janem Chorzępą, skrytykował on go, za „oskarżenie władz radzieckich” (w związku z mordem w Turzy). Chorzępa odpowiedział na to, że dowody są w mogiłach w lesie turzańskim. Zażądał też od prokuratora zaświadczenia, że za to co zezna nie zostanie pociągnięty później do odpowiedzialności. Ten jednak odmówił. Klimat wprowadzonego wkrótce stanu wojennego, nie sprzyjał postępowi śledztwa. Zamknięto je 13 marca 1983 r.

W dniu 9 października 1988 r., w drugą niedzielę miesiąca – w lesie turzańskim odbyła się pierwsza wielka uroczystość o charakterze religijno – patriotycznym. Uroczystość tą poprzedziła msza św. , która o godz. 10-tej odbyła się w kościele parafialnym w Sokołowie Młp. pod uczestnictwem proboszcza tej parafii – ks. Mieczysława Wajdy. Po mszy św. uformowano procesję na której czele niesiono krzyż i żałobne – czarne chorągwie. Orszak ten przeszedł ulicą Rzeszowską do Rynku i przez ulicę Podstawskiego dalej drogą polną, udał się w stronę lasu. Po dotarciu na miejsce zbrodni, odmówiono cząstkę różańca. Po niej wygłoszone zostały okolicznościowe przemówienia. Przemawiał m. in. Eugeniusz Kaszowski z Rzeszowa i Władysław Kisiel z Kalisza. Po przemówieniach uroczystość zakończyła się. Według relacji Władysława Kisiela, wzięła w niej udział spora rzesza mieszkańców Sokołowa Młp. Kolejna, uroczystość w lesie Turzańskim, odbyła się 15 października 1989 r. Wzięło w niej udział jeszcze więcej ludzi niż rok wcześniej. Poświęcono wówczas i postawiono, kolejny – metalowy krzyż. Odtąd nabożeństwa żałobne w lesie Turzańskim, na stałe wpisały się w życie religijno – patriotyczne społeczeństwo Sokołowszczyzny. Odbywają się obecnie regularnie w 3 niedzielę września każdego roku.

W dniu 23 kwietnia 1989 r. utworzony został Społeczny Komitet Zabezpieczenia Grobów w Turzy. W jego skład wchodzili: Stefan Łudź, Stanisław Piela, Julian Kurasiński, Kazimierz Chorzępa, Janusz Szkutnik, Jan Chorzępa i Antoni Kopaczewski. Złożyli oni w Prokuraturze Wojewódzkiej      w Rzeszowie pismo i komunikat – w którym żądali wszczęcia postępowania śledczego w sprawie mordu w Turzy. Śledztwo wszczęto w dniu 6 maja 1989 r. Było to formalne śledztwo, w sprawie masowego mordu z art. 148 par. 1 Kodeksu Karnego (KK); związane z art.. 109 KK o nie przedawnianiu zbrodni przeciw ludności. Teczka z aktami sprawy, ponownie trafiła na biurko Adama Pelca. Jak już wspomniałem wcześniej, nie cieszył on się zaufaniem  mieszkańców Sokołowszczyzny. Jego niejasna postawa w okresie stanu wojennego, jeszcze ten brak zaufania pogłębiła. W związku z zaistniałą sytuacją Komitet Obywatelski działający przy oddziale NSZZ „Solidarność” w Rzeszowie, wysłał stosowne pisma do Sejmu i do ministra sprawiedliwości Aleksandra Bentkowskiego. W efekcie tych działań, na początku kwietnia 1990 r. śledztwo z rąk Adama Pelca przejął inny prokurator Prokuratury Wojewódzkiej w Rzeszowie – Lesław Myrda.

Kilka miesięcy wcześniej, 9 grudnia 1989 roku na łamach „Nowin”, odbyła się rozmowa redaktora gazety (J. Stachiewicza) z ministrem sprawiedliwości Aleksandrem Bentkowskim. Minister stwierdził w niej m. in.: „... uważam, że Okręgowa Komisja Badania Zbrodni Hitlerowskich przy Sądzie Wojewódzkim w Rzeszowie, powinna zabrać się energicznie do wyjaśnienia zbrodni w Turzy...”

Po cytowanej wypowiedzi, sprawa Turzy nabrała odpowiedniego rozmachu. Plany przeprowadzenia w Turzy ekshumacji szczątków pomordowanych ofiar stały się realnymi. Utworzono konto bankowe. Na apel    o pomoc finansową zgłaszał się szereg osób i instytucji. W zakładach pracy Rzeszowszczyzny organizowano zbiórki na ten cel. Zorganizowano ekipę ekspertów do prac ekshumacyjnych. Na czele jej stanął prof. Zdzisław Marek – kierownik Katedry i Zakładu Medycyny Sądowej Akademii Medycznej w Krakowie. Członkami grupy ekspertów byli: współpracownicy prof. Zdzisława Marka – mgr Zbigniew Lisowski i mgr Jerzy Pohl (kryminolodzy); oraz biegli specjaliści medycyny sądowej – dr Erazm Baran z Krakowa i dr Wiesław Gawrzewski z Rzeszowa. Pod koniec prac ekshumacyjnych, grupę tę uzupełnił jeszcze wysokiej klasy gleboznawca z Akademii Rolniczej w Krakowie  prof. dr hab. Tomasz Komornicki. Organizacyjne przygotowania do prac ziemnych  w lesie turzańskim, nadzorował zastępca dyrektora Wydziału Budownictwa Gospodarki Komunalnej i Mieszkaniowej Urzędu Wojewódzkiego w Rzeszowie – Lesław Chmiel. (…)

11 maja 1990 r. Prokuratura Wojewódzka w Rzeszowie rozpoczęła prace związane z lokalizacją mogił w turzańskim lesie. Obecni przy niej byli członkowie Komitetu Obywatelskiego przy NSZZ „Solidarność” oraz członkowie Społecznego Komitetu Zabezpieczenia Grobów w Turzy – którzy niejednokrotnie brali udział w lokalizacji mogił pomordowanych. Do grupy świadków, najważniejszych świadków wizji lokalnej, należeli: Julian Kurasińki z Trzebosi, Stanisław Piela z Sokołowa Młp., Jan Bełz z Nienadówki, Jan Krudos z Trzebuski, Antoni Buczak i Józef Buczak z Rzeszowa, Julian Wiącek z Raniżowa, Augustyn Szostecki z Kątów Trzebuskich, Józef Kraska z Trzebosi oraz Jan Dec z Turzy. (…)

Dzień po przeprowadzeniu wizji lokalnej w Turzy (12 maja) natrafiono na pierwszą mogiłę. Do 19 maja (po tygodniu prac ekshumacyjnych) odkopano w sumie 3 mogiły, a w nich 13 ofiar zbrodni. Była to stosunkowo niewielka liczba w stosunku do słów świadków, którzy twierdzili że w miejscach które wskazywali powinny znajdować się groby kryjące bezmiar ludzkich istnień. Powszechnie jednak , zdawano sobie sprawę z trudności w lokalizacji mogił, przez świadków uczestniczących w wizji lokalnej. Znalezienie po kilkudziesięciu latach grobów, które w 1944 r były starannie maskowane, było samo w sobie bardzo trudne. Od 1944 r. las mocno się zmienił. W 1957 r. i 1988 r. w tym lesie wiatrołomy dokonały silnych zniszczeń. (…)

W pierwszym z odkrytych grobów, pracujący tam eksperci odnaleźli 7 ofiar bestialskiego mordu. Drugi grób okazał się być miejscem pochówku tylko jednej ofiary. W trzecim – znaleziono 5 szczątków ludzkich. Ofiary mordu leżące w pierwszym i trzecim grobie, miały ręce skrępowane z tyłu drutem (pierwszy grób) lub skórzanymi paskami i rzemieniami (trzeci grób). Wyjątkiem od tej zasady był pojedynczy (drugi) grób, którego szkielet nie nosił śladów powszechnego dotąd krępowania rąk. Ręce tej ofiary ułożone były z przodu szkieletu. Obok nich znaleziono kulisty, granitowy kamień o średnicy ok. 10cm. Kamień ten mocno zaintrygował badających grób naukowców. Podobne kamienie w pobliżu nigdzie nie występują. Ostrożne, wstępne wnioski zakładały, że być może ofiarą mordu która pochowana została w pojedynczym grobie, mogła być przypadkowa osoba – która stała się niepożądanym świadkiem mordu. Wszystkie znalezione zwłoki pochowane zostały nago, nie znaleziono przy nich żadnych przedmiotów pozwalających na identyfikację ofiar. W niektórych czaszkach ofiar, widoczne były otwory po kulach. Pozwoliło to stwierdzić, że część ofiar NKWD zamordowało strzałem z pistoletu w tył głowy. W grobach znaleziono łuski po nabojach do pistoletu „TT” (pistolet radziecki konstrukcji Tokarewa). Wiadomo, że pistolet ten był powszechnie używany przez oficerów radzieckich, także i oficerów NKWD. Znalezione mogiły, były nieregularnie rozrzucone w lesie i starannie zamaskowane.

23 maja 1990 r. w lesie turzańskim odkryto kolejny, czwarty już grób. Tym razem jak się okazało, znajdowały się w nim szkielety trzech ludzi. Tym razem jak się okazało, znajdowały się w nim szkielety trzech ludzi. Już po oczyszczeniu szczątków, dr Wiesław Gawrzewski zauważył, że kość biodrowa jednego ze szkieletów jest wyraźnie zdeformowana. Wniosek z tego dla lekarza był prosty: ten człowiek musiał wyraźnie utykać na jedną nogę. Ten niewiele zrazu mówiący szczegół, zestawiono jednak z pisemnym zgłoszeniem, jakie     w Prokuraturze Wojewódzkiej w Rzeszowie złożył pan Karol Pośko z Ropczyc w dniu 22 stycznia 1990 r. W wyczerpującym zeznaniu, stwierdził on m. in., że w sierpniu 1944 r. po zdobyciu Ropczyc przez Armię Czerwoną, ulokował się  w tym mieście na jakiś czas, sztab dowódcy I Frontu Ukraińskiego. – gen. Iwana Koniewa. Tam też rozlokowała się wkrótce, towarzysząca sztabowi jednostka NKWD, która od razu po przybyciu rozpoczęła aresztowania wśród żołnierzy AK. We wrześniu 1944 r. aresztowania te objęły placówkę AK „Ropa” (Ropczyce), której komendantem był właśnie Karol Pośko ps. „Koń”. Karol Pośko uniknął aresztowania, spotkało je jego zastępcę oraz 2 żołnierzy. Umieszczono ich w tymczasowym obozie NKWD w Chechłach k/Ropczyc, gdzie uwięzionych podobnie jak w Trzebusce – trzymano w ziemiankach.        W październiku 1944 r. Karola Pośko aresztowała inna jednostka NKWD, po czym wywieziono go w głąb ZSRR. Po powrocie stamtąd, dowiedział się od mieszkańców Ropczyc, że na początku listopada 1944 r., jego trzej podwładni towarzysze broni, wraz z dużą grupą innych więźniów ziemianek w Chechłach – prowadzeni byli przez eskortujących ich żołnierzy radzieckich ulicą Kolejową  w Ropczycach. „Konwój” ten podążył drogą w kierunku na Ostrów. Mimo tego, że przez kilkadziesiąt następnych lat Karol Pośko nie wiedział, co się z jego byłymi żołnierzami stało, zapamiętał dokładnie ich imiona, nazwiska oraz pseudonimy konspiracyjne. Byli to: ppor. Zdzisław Brunowski ps. „Cygan” – zastępca dowódcy placówki „Ropa”, oraz pchor. Eugeniusz Zymróz ps. „Macedończyk”  i kpr. Zdzisław Łaskawiec ps. „Monter”. W 1989 r. gdy sprawa Trzebuski i Turzy stała się „głośna” w lokalnych mediach, Karol Pośko skojarzył kierunek marszu konwoju z 1944 r. z istnieniem obozu w Trzebusce oraz egzekucjami w Turzy. Napisał więc do prokuratury oświadczenie, w którym stwierdził, że w lesie Turzańskim mogli zginąć jego podwładni. Fragment tego oświadczenia nabrał wkrótce wyjątkowego znaczenia: „Nadmieniam, że w razie ekshumacji zwłok Zdzisława Brunowskiego, będzie je można rozpoznać, ponieważ miał jedną nogę krótszą, kości stopy nierozwinięte”.

Wobec zaistniałej sytuacji, szczątki ludzi znalezione w wykopie nr 4 przewieziono na dalsze wnikliwe badania do Zakładu Medycyny Sądowej Akademii Medycznej w Krakowie. Do identyfikacji zwłok użyto m. in. fotografii pomordowanych (z czasów wojny), przekazanych przez Karola Pośko i rodzinę Eugeniusza Zymroza. To właśnie tzw. „superprojekcja fotograficzna” pozwoliła stwierdzić: „wysoce prawdopodobną identyfikację zmarłych”. Jak się później okazało, były to jedyne szczątki ludzkie, które udało się zidentyfikować podczas prac ekshumacyjnych w lesie turzańskim.

W dniu 29 maja 1990 r., Okręgowa Komisja Badania Zbrodni Hitlerowskich i Stalinowskich (OKBZHiS) – Instytut Pamięci Narodowej w Rzeszowie, przejęła śledztwo z rąk Prokuratury Wojewódzkiej (w Rzeszowie), w sprawie zbrodni popełnionej w Turzy. Od 30 maja tego roku, śledztwo w tej sprawie kontynuowała prokurator Hanna Solarewicz, która została oddelegowana na stałe do pracy w tej Komisji. Przejęcie sprawy  Trzebuski i Turzy przez OKBZHiS w Rzeszowie, wynikało z polecenia I zastępcy prokuratora generalnego – Aleksandra Herzoga. Działania Komisji   w sprawie Turzy miały być prowadzone w 3 kierunkach:

„1) zebrania relacji świadków o zbrodni i okolicznościach z tym związanych, w oparciu o przesłuchania świadków,

2) odnalezienia w turzańskim lesie czterech zbiorowych mogił pomordowanych,

3) poszukiwania archiwaliów, dokumentów, mających potwierdzić fakty zbrodni”.

W dniu 24 czerwca 1990 r., w lesie turzańskim odbyła się podniosła uroczystość. Była to uroczystość żałobna, podczas której odbył się pogrzeb szczątków ludzkich 16 ofiar NKWD. Tyle ofiar znaleziono w sumie, w odkrytych 4 grobach. Po ponad 45 latach, przybyłe na pogrzeb setki ludzi       z regionu, oddały hołd i spełniły ostatnią posługę – pomordowanym ofiarom stalinowskiego terroru. (…)

Kilka dni po tej podniosłej uroczystości, w lesie turzańskim ekshumowano z jeszcze jednej mogiły – kolejne szczątki ludzkie. Ten kolejny – 5 grób, jak się okazało pojedynczy ; odnaleziono jeszcze w końcu maja 1990 r. Jego miejsce intuicyjnie wskazał Lesław Myrda. Naukowcy jednak przerwali na krótko prace ekshumacyjne i zabezpieczony grób czekał na odkrycie blisko miesiąc. Łącznie, odnaleziono więc w 5 miejscach, szczątki 17 ofiar ludobójstwa.

(…)Ponieważ trwające kilka tygodni poszukiwania nie przynosiły żadnych efektów, prokurator Hanna Solarewicz poprosiła o pomoc osobę o powszechnie znanych zdolnościach parapsychicznych. Mężczyzna, który zastrzegł sobie anonimowość, wskazał w Turzy miejsca mogił i oznaczył głębokość na której znajdują się zwłoki pomordowanych (wynosiła ona od 1,60 do 1,70m). w jednej z mogił miało się znajdować 80 szczątków ludzkich. We wskazanych miejscach wykopano 7 dołów sondażowych. Nie odnaleziono tam jednak żadnej mogiły.

W październiku 1990 r. prokurator Hanna Solarewicz postanowiła przerwać prace związane z poszukiwaniem mogił. Stwierdzono, że bez konkretnych wskazań ich miejsc, jak w przypadku Jana Deca i Stanisława Pieli ich odnalezienie będzie nie możliwe. Jednocześnie prowadzono przesłuchania kolejnych świadków, którzy zgłaszali się na apele OKBZHiS z terenu całej Polski.

31 listopada 1990 r. Akademia Medyczna w Krakowie wydała opinię (odpowiadającą na pytania OKBZHiS w Rzeszowie), dotyczącą ekshumacji odnalezionych w Turzy szczątków ludzkich. Oto jej wnioski:

„1) Badane szkielety są szczątkami mężczyzn, młodych lub co najwyżej   w średnim wieku, zmarłych śmiercią gwałtowną, przede wszystkim w wyniku strzału w tył głowy (w 11 przypadkach zgon nastąpił w następstwie postrzału głowy, 9 ofiar doznało pojedynczego, a 2 ofiary wielokrotnego postrzału). W 5 przypadkach na badanych kościach nie odnaleziono cech wskazujących na użycie broni palnej. Fakt ten jednak nie wyklucza takiej możliwości. Brak cech postrzału może być wyjaśniony rozległymi brakami kości czaszki. W jednym tylko przypadku brak było podstawy do przyjęcia zgonu w  następstwie postrzału.

2) Z największym prawdopodobieństwem biegli stwierdzili, że egzekucji dokonano na miejscu pochowania ofiar, strzelając do nich od tyłu głowy, kiedy stały lub klęczały na brzegu mogiły.

3) Z uwagi na skrępowanie rąk ofiary były pozbawione możliwości obrony.

4) W chwili pogrzebania ofiary były albo całkowicie obnażone, albo ubrane tylko w bieliznę.

5) Na zachowanych fragmentach szkieletów nie odnaleziono zmian, które mogłyby tłumaczyć inny mechanizm śmierci niż śmierć gwałtowna.

6) W stosunku do 3 ofiar, pochowanych w jednej mogile, uzyskano wysoce prawdopodobną identyfikację zmarłych, którzy byli żołnierzami Armii Krajowej z Placówki w Ropczycach, a to : Zdzisława Łaskawca, ps. „Monter”, Zdzisława Brunowskiego, ps. „Cygan” i Eugeniusza Zymroza, ps. „Macedończyk”.

7) Określenie czasu przebywania zwłok w grobach ziemnych jest jednym   z najtrudniejszych zadań w medycynie sądowej. W konkretnych warunkach, jakie stwierdzono w czasie ekshumacji, trzeba zakładać, że zwłoki pogrzebano w mogiłach ziemnych. Brakuje jakiejkolwiek podstawy, aby podważać tezę, że ciała wszystkich zmarłych zostały pogrzebane w innym terminie, niż sformułowano to w śledztwie, czyli w miesiącach letnio – jesiennych 1944 roku”.

Z braku postępu, prace ziemne w Turzy przerwano. Tajemnice lasu turzańskiego próbowano nadal wyjaśnić. W 1990 r. do Prokuratury zgłosił się prof. dr hab. Edward Prus z Akademii Ekonomicznej w Katowicach. Poinformował on ją, że przebywając w jednym z kijowskich archiwów zetknął się z dokumentem dotyczącym obozu w Trzebusce i mordu w Turzy. Okazało się, że w Archiwum Rewolucji Październikowej znajduje się sprawozdanie, skierowane do władz partyjnych ZSRR; w którym zawarte są informacje dotyczące tego tematu. Jest w nim wzmianka, o przebywaniu w obozie NKWD w Trzebusce oficerów AK ze Lwowa, oraz że zostali tam zlikwidowani przez NKWD. Pochowani mieli być w 9 grobach, o wymiarach 12 na 2m i 2m głębokości. Dokument stwierdza też, że dla oszczędzania amunicji, oficerom podrzynano gardła nożem.

Najcenniejsze informacje dotyczące funkcjonowania obozu NKWD w Trzebusce i losu ich więźniów, zawarte są w dokumentach archiwalnych. Z tego względu OKBZHiS, od sierpnia 1990 do grudnia 1991 r. zwróciła się do: Centralnego Archiwum Wojskowego, Wojskowego Instytutu Historycznego w Warszawie, Archiwum Komendy Wojewódzkiej Policji w Rzeszowie, Wojskowej Komendy Uzupełnień w Rzeszowie. Wszystkie te instytucje  odpowiedziały, że nie posiadają informacji dotyczących obozu w Trzebusce. Nie udało się też ustalić, czy informacje na ten temat znajdują się w archiwum Armii Krajowej w Londynie. Pomimo usilnych starań i szukania pomocy u najwyższych czynników państwowych (w Polsce) nie udało się odnaleźć odpowiednich dokumentów w archiwach na terenie byłego ZSRR. Tak, nie było informacji w sprawie Trzebuski i Turzy, w dokumentach przekazanych 20 października 1992 r. przez prezydenta Rosji – Borysa Jelcyna, prezydentowi Rzeczypospolitej Polski - Lechowi Wałęsie. W lutym 1994 r. o braku obecności podobnych dokumentów, poinformowało rosyjskie ROSARCHIW. Brak dostępu do archiwaliów zgromadzonych w Kijowie i Moskwie, uniemożliwił kontynuowanie śledztwa. Śledztwo w sprawie Turzy, prokurator Hanna Solarewicz zawiesiła w dniu 31 grudnia 1993 r. Podobne zapytania wystosowane z ramienia prokuratora IPN w Rzeszowie w 2004r. (w maju 2004r. IPN Rzeszów na 3 dni wszczął śledztwo w sprawie Turzy – przyp. O.P.),  o dokumenty związane z funkcjonowaniem obozu NKWD w Trzebusce, spotkały się z negatywną odpowiedzią ze strony archiwów rosyjskich i ukraińskich. (…)

Zawieszenie śledztwa mocno rozczarowało społeczeństwo Sokołowszczyzny, które liczyło na wyjaśnienie tajemnic Trzebuski i Turzy z 1944 r. Kilkakrotnie jednak po 1993 r. jeszcze śledztwo było wznawiane i nadzieje lokalnej społeczności odżywały. Wiązało się to, przede wszystkim, ze wskazaniami miejsc pochówku pomordowanych w lesie turzańskim, przez nowych świadków. Byli to: Franciszek Bełz z Nienadówki i Stanisław Martynuska z Rzeszowa. Poszukiwania z czerwca i października 1995 r.,  w miejscach przez te osoby wskazane zakończyły się fiaskiem. Franciszek Bełz stwierdził, że więźniów obozu w Trzebusce, wywożono także do lasu za Nienadówką. (…)

(…)Tajemnice Trzebuski i Turzy, nadal pozostają nie wyjaśnione. Taki wniosek można było wyciągnąć jeszcze w 1995 r. (od tego czasu, nie wiele się zmieniło). W dniu 22 października tegoż (1995) roku, podczas kolejnych religijno – patriotycznych uroczystości w lesie turzańskim – prokurator Hanna Solarewicz podsumowała wyniki dotychczas prowadzonego śledztwa. Mimo niezadowalających ciągle jego wyników, nikt z obecnych nie wątpił w to, że     w przyszłości uda się jeszcze, tajemnice z końca wojny rozwikłać. W dniu tym, dokonano odsłonięcia pomnika pomordowanych w turzańskim lesie. Pomnik ten, autorstwa rzeźbiarza – Piotra Kidy, powstał dzięki staraniom Urzędu Gminy Sokołów. Jego poświęcenia dokonał główny celebrans mszy św. w turzańskim lesie – ks. bp ordynariusz diecezji rzeszowskiej Kazimierz Górny.

Prace prokuratury i poszukiwania w lesie turzańskim połączonez ekshumacją, dały na wiele pytań odpowiedzi. Odkryte 17 szczątków ludzkich spoczywające dziś w leśnym grobowcu, poświadczają sposoby okrutnego mordu NKWD.Zawsze podkreślam, że mord turzański różnił się od katyńskiego, mimo iż są i tacy naukowcy którzy się z tym spierają. Ten mord był inny, bo udoskonalony. Nie popełniono tu błędu z Katynia – mordowano nago bądź w samej bieliźnie; stąd takie problemy z identyfikacją odkrytych szczątków. Ponadto mordowano nie tylko strzałem w tył głowy ale także poprzez poderżnięcie gardła lub żył na karku. Kilka czaszek zachowało ślady wielokrotnego postrzału, co świadczy o wyjątkowym okrucieństwiei bestialstwie mordu.

Dlaczego wielomiesięczne poszukiwania z 1990r. przyniosły odnalezienie tylko 17 osób w dołach śmierci? Przecież w lesie turzańskim były groby wielowarstwowe na wzór tych z Katynia… Dziś badamy wątek tajemnicy mordu turzańskiego, o którym po raz pierwszy pisałem w artykule do Kuriera Sokołowskiego końcem 2008r. Artykuł ten powstał po poszukiwaniach w tymże lesie  z 5 grudnia 2008r., w którym brała udział ekipa Adama Sikorskiego z TV. Lublin i przedstawiciele IPN Rzeszów. Wówczas georadar natrafił na fragment gleby, który wykazał strukturę wyraźnego przemieszania ziemi. Gdy został wykopany dół sondażowy, archeolog Stanisław Gołub stwierdził, że wygląda to na grób jednoosobowy, przy czym ciało z tego grobu wybrane zostało do góra kilkunastu lat od chwili mordu (gdyby ciało leżało tu dłużej, była by szansa odnalezienia fragmentów kości palców które rozkładają się najszybciej – przyp. O. P.). Czy las turzański został „oczyszczony” z mogił? To by tłumaczyło trudność odnalezienia dużych grobów, ale czy to możliwe. Zdaje się że tak. Na przełomie lat 40 – tych i 50 – tych XX w. , w ten sposób miano oczyścić ofiary mordu NKWD na jeńcach obozu w Budku na Zamojszczyźnie. Co ciekawe, po rozmowach ze starszymi mieszkańcami Sokołowszczyzny okazuje się, że na przełomie wspomnianych lat, w pobliżu lasu turzańskiego miało manewry nasze wojsko. Zapewne były to oddziały KBW (Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego – przyp. O. P.), które znane były z wykonywania tzw. „czarnej roboty”. Na podstawie rozmów z mieszkańcami Turzy wiadomo, że wojsko to było raczej specjalności inżynieryjnej czy technicznej… Czyżby więc ćwiczenia w Turzy odbywał 4 batalion inżynieryjny KBW stacjonujący w Rzeszowie? Jak wiadomo, gdy wojsko ma ćwiczenia w pobliżu lepiej się nie kręcić – wydaje się więc, że pod pozorem ćwiczeń można było śmiało przeprowadzić akcję odkopywania mogił i przewożenia ciał w inne miejsce, choćby oddalone o kilometr, gdzie nikt o masowych grobach nawet nie pomyśli. Ciała pomordowanych nagie bądź w bieliźnie, nie pozwalały na określenie narodowości. (…)

Sprawa Trzebuski i Turzy na pewno nie została jeszcze zamknięta. W moim głębokim przekonaniu, istnieją jeszcze ślady, które należy szczegółowo zbadać i dokumenty, które przez kilkadziesiąt powojennych lat zostały rozproszone na terenie Polski i za granicą. Niektóre z nich „czekają” na ponowne odkrycie. Jak na razie, nadal swą tragiczną wymowę ma fragment wiersza Artura Oppmana „Pacierz za zmarłych”, który w latach 80 – tych, działacze „Solidarności” umieszczali na krzyżu w turzańskim lesie. Tabliczkę    z wierszem „nieznani sprawcy” usuwali kilkakrotnie z tego krzyża; za każdym razem pojawiała się na nim nowa, z tymi samymi słowami:

 

„Gdzie są ich groby? Polsko!

-              gdzie ich nie ma,

-              Ty wiesz najlepiej i Bóg wie

-              na niebie.

On się przyglądał sędziego

oczyma,

Gdy umierali z uśmiechem

za Ciebie.

I śmiercią swą opłacali,

żyzną

Nadziei promyk dla Ciebie

Ojczyzno”.

 

Nienadowski cypel

O jeńcach obozu NKWD w Trzebusce wywożonych do lasu za Nienadówką, słyszałem po raz pierwszy na początku lat 90-tych. Kolega z Nienadówki opowiadał o pewnym panu z tej wsi, który miał o tym mówić. Ale po wielkim szumie medialnym z lat przełomu 1989/1990, nie wydawało się być prawdopodobne by ktoś powiedział coś nowego – o czym nie wiedziałaby Komisja Badania Zbrodni Hitlerowskich i Stalinowskich. Czy prokuratorzy prowadzący śledztwo w sprawie działalności obozu NKWD w Trzebusce mogli pominąć taki ślad? Nie zbadać wiadomości świadka wywózek jeńców do nienadowskiego lasu? Przecież ich apele do ludności by dzielili się wiadomościami o tragicznym roku 1944 i dziejach obozu z Trzebuski obiegły nie tylko lokalne media ale i te ogólnokrajowe. Dziś wiemy, że prokuratorzy odwiedzali świadka i skrupulatnie roztrząsali ten ślad, ale…nigdy nie doszło     w latach 90-tych do poszukiwań w rejonie cypla nienadowskiego. Czy można było to zrobić? Zapewne tak – o czym świadczy akcja ekshumacyjna w lesie turzańskim z 1990r. Las nienadowski „odpuszczono” jednak wówczas całkowicie. (…)

Swoistym „kustoszem” pamięci o wydarzeniach z 1944r. w Nienadówce jest Franciszek Bełz. Urodzony w tej miejscowości w 1932r. w tragicznym roku miał 12 lat. Młody chłopiec wiele jednak zaobserwował, a to co widział zapamiętał po dziś dzień.

W drugiej połowie lipca 1944r. Sokołowszczyzna została wyzwolona z rąk hitlerowskiego okupanta. Radość wyzwolenia przysłoniło wszędobylstwo żołnierzy i oficerów radzieckich a zwłaszcza formacji która mogła przynieść śmierć – NKWD. Gdy w sierpniu tego roku przyszła wieść, że na pastwisku gromadzkim w Trzebusce powstał obóz NKWD, zagrożenie wydało się być jeszcze realniejsze. Dom Franciszka znajduje się na uboczu głównej drogi przez wieś i sąsiaduje wraz z kilkoma innymi z pobliskim lasem. Pewnego wrześniowego wieczora, samochód wojskowy (miał przypominać on późniejszy dostawczy samochód typu Lublin – przyp. O.P.) zjechał z głównego traktu i skierował się w stronę niewielkiego skupiska domów. Chłopiec zauważył pojazd z daleka i zaintrygowany wyszedł do drogi. Gdy przejechał koło zabudowań gospodarskich i ruszył w stronę lasu, poszedł za nim. Nadwozie dużego pojazdu było zabudowane czymś co przypominało listewki czy cieniutkie deseczki z dachem z blachy. Z tyłu samochodu były drzwi dwuskrzydłowe. Ponieważ dawniej drogi były nie utwardzone, wozy chłopskie wyżłobiły głębokie koleiny. Samochód jechał jedna stroną wyżej a drugą  z powodu koleiny niżej. Na skutek przechylenia jedne z drzwi się nagle samoczynnie otworzyły. Tuż przy samych drzwiach zobaczył żołnierza radzieckiego z peemem. Po drugiej stronie zapewne siedział drugi bo widać było jego nogi. Na pace samochodu natomiast, Franciszek ujrzał powrzucanych jak snopy zboża ludzi w szarej bo przybrudzonej bieliźnie. Nie zauważył by ktoś miał ubranie czy mundur – wszyscy byli w bieliźnie. Chłopiec zaczął biec za samochodem, wtedy jednak sołdat go zauważył. Krzyknął coś i pogroził bronią. Wystraszony zatrzymał się i pojazd wkrótce zniknął za zakrętem wiodącym do bliskiego już lasu.

To nie był jedyny taki transport który jechał do tego lasu. Franciszek twierdzi że samochód jeździł i wcześniej i później raz a czasami nawet dwa razy w tygodniu. Jak mówili miedzy sobą jego rodzice – wracał późną nocą. Siostra chłopca Waleria twierdziła, że jak był samochód, to słychać było później strzały.

(…) Nadeszły chłodniejsze i bardziej mokre dni. Gdzieś pod koniec października 1944r. miało miejsce inne ważne i niezwykłe wydarzenie. Otóż samochód z jeńcami dojechawszy do lasu ugrzązł w rozlewisku tuz nad rzeczką. Eskorta nie była liczna. Według Bełza oprócz dwóch żołnierzy siedzących z tyłu samochodu, stanowili ją jeszcze kierowca i siedzący obok niego żołnierz – prawdopodobnie oficer NKWD. Próbowali oni sami wypchnąć pojazd, ale im się to w trzech nie udało. Wtedy podjęli ryzykowną decyzję. Jeńców wyprowadzono z samochodu. Mieszkający blisko lasu gospodarz – Józef Kustra widząc to całe zamieszanie zbliżył się nieco i chowając za drzewo obserwował co będzie dalej. Część jeńców wyprowadzono z samochodu by pomogli żołnierzom wypchnąć pojazd z grzęzawiska. Według Ludwika Kustry było ich 7. wszyscy mieli ręce skrępowane przed sobą na krzyż drutem. W zaistniałej sytuacji eskorta zdjęła im więzy. Gdy rozpoczęto wypychać samochód, jeden    z jeńców błyskawicznie odskoczył od niego i wpadłszy w pobliskie zaroślai chaszcze zaczął uciekać. Ponieważ wzdłuż drogi było ich wiele i były dosłownie tuż obok, więzień szybko zniknął sołdatom z oczu. Nie zdążyli zareagować skutecznie. Oddany strzał – strzały, były bardziej na postrach dla pozostałych jeńców. Józef Kustra nie ryzykował jednak dalszej obserwacji i schronił się w domu. Czy uciekł jeszcze ktoś? Nie można tego wykluczyć, że nie uciekł jeszcze i drugi jeniec ale pewności tu nie ma. Co było dalej? Można się domyślić, że eskorta opanowawszy sytuację lepiej zabezpieczyła boki a po skrępowaniu i załadowaniu ludzi na pakę pojazdu, udali się w stronę tragicznego cypla leśnego bądź też rozpoczęli krótkie poszukiwania.

(…)Tereny tzw. nienadowskiego cypla wyglądają dziś inaczej niż w czasie II wojny światowej. Las się zmienił – zwłaszcza ten po państwowej stronie, gdzie grube drzewo zostało wycięte i dziś rośnie młody las. Gdzie są domniemane groby? Czy w lesie chłopskim czy państwowym? Nieżyjący już Jan Ożóg twierdził że idąc do swego lasu, widział na chłopskich działkach leśnych po drodze miejsca „ruszone” – ziemia miała tam być inna, miększa. Miało to być na wyżynach leśnych. Tam zapewne ziemia lepiej nadawała się do maskowania. Ożóg twierdził jednak, że te podejrzane miejsca były świetnie zamaskowane, człowiek nie znający tego lasu by ich nie zauważył. Według Franciszka Bełza maskowanie dokonywali „fachowcy”, którzy miejsce pochówku mieli zawczasu przygotowane. Kto mógł to robić? Kilka domów od jego rodzinnego gospodarstwa u Kubasów kwaterowało wówczas 4 funkcjonariuszy NKWD –   w tym oficer zapewne bo z żołnierz z raportówką. Kubasowa była już  w podeszłym wieku bo po 70 – tce, do tego opiekowała się dwoma głuchoniemymi dziećmi. NKWD zapewne w tej sytuacji uznało tą kwaterę za najlepszą. Całymi dniami funkcjonariusze ci przebywali w lesie. Co przez tyle czasu robili? Bełz jest dziś niemal pewien, że przygotowywali oni groby dla tych nieszczęśników przywożonych samochodem. Potem też zapewne groby maskowali, pilnowali. (…)

Czy jest możliwe odnalezienie grobów w lesie nienadowskim? Zapewne tak. W czerwcu 2008r. podjął już próbę poszukiwawczą wraz ze swą ekipą Adam Sikorski z TV. Lublin; autor poważanego powszechnie programuw regionalnej trójce „Było nie minęło”. Przy wyjątkowo nie sprzyjającej pogodzie, przy złośliwości rzeczy martwych (padła bateria w georadarze – przyp. O.P.), udało się odnaleźć m.in. kilka łusek na stopniowo niewielkim obszarze. Odpowiadają one tym stosowanym przez NKWD. Ekipa Sikorskiego zapowiedziała ponowny przyjazd na który z niecierpliwością czekaliśmy. Dotąd jednak do niego nie doszło. W dniu 5 grudnia 2008r., penetrowaliśmy też i las turzański – tam również poszukiwania miały być kontynuowane. Michał Kalisz  z rzeszowskiego IPN który odpowiada za procedury formalne poszukiwań, wielokrotnie w rozmowie ze mną stwierdzał, że póki dokumentacja poszukiwań i znalezisk z grudnia 2008 r. nie nadejdzie od ekipy Sikorskiego, dopóty nie ma możliwości wszczęcia następnych prac poszukiwawczych. Póki co winniśmy wdzięczność świadkom wydarzeń sprzed lat takim jak pan Franciszek Bełz za to, że uporczywie przypomina następnym pokoleniom o tragicznej przeszłości. Oby jego marzenie o odnalezieniu grobów pomordowanych i ich godnym pochówku ziściło się jak najszybciej.

Epilog

Omawiane powyżej zagadnienia związane z działalnością obozu NKWD w Trzebusce, są przykładem na to, że historia ziem polskich w czasie trwania II wojny światowej nie jest tematem wyczerpanym i zamkniętym. Wiele „białych plam” wciąż czeka na swe wyjaśnienie. Niewątpliwie działalność NKWD na terenie Polski Lubelskiej w II połowie 1944 r., takich „białych plam” zawiera bardzo wiele. Sprawa Trzebuski i Turzy oraz tajemnice z nią związane, nie są więc żadnym wyjątkiem, ale jednym z ogniw pozostałych po sieci radzieckich organów represji. Zapewne po kilkudziesięciu latach bezczynności w sferze badań naukowych nad tą tematyką, wytłumaczenie wszystkich niejasności będzie prawdopodobnie niemożliwe. Nie zwalnia to jednak nas dziś, od podjęcia się próby wyjaśnienia tajemnic sprzed (…) lat.

(…) Nieodparcie też powraca wciąż pytanie: co dalej ze sprawą Trzebuski  i Turzy? Świadkowie, którzy przekazali najcenniejsze informacje dotyczące wydarzeń z 1944 r. już zmarli; 20-letnie poszukiwania dokumentów dotyczących powyższych zagadnień, na terenie Polski jak i krajów na terenie byłego kraju ZSRR, nie przyniosły większych efektów. Moim zdaniem, istnieją jeszcze pewne wątki sprawy w Turzy, które trzeba szczegółowo zbadać, a które mogą wpłynąć na poszerzenie wiedzy dotyczącej tych zagadnień. Do takich należą: wątek oddziałów spieszących z terenu Rzeszowszczyzny z odsieczą powstaniu warszawskiemu (istnieją wzmianki iż żołnierze jednego z oddziałów przetrzymywani byli na terenie Trzebuski), oraz wątek związany z członkami Wojennego Trybunału I Frontu Ukraińskiego. Ogromne nadzieje można i trzeba wiązać z ponawianymi poszukiwaniami w lesie turzańskim oraz na „cyplu” w lesie nienadowskim, prowadzone przez IPN w Rzeszowie przy współpracy z ekipą Adama Sikorskiego z TV. Lublin bądź z pomocą innych osób. Wiele informacji zebranych po II wojnie  światowej, a dotyczących funkcjonowania obozu NKWD w Trzebusce i mordu w Turzy, przechwycił Urząd Bezpieczeństwa. Być może poszukiwania w archiwach pozostałych po działalności tego urzędu, przyniosą nowe tropy w tej sprawie. Nie można też całkowicie zaprzestać poszukiwań w archiwach byłego ZSRR. Obozów NKWD takich jak w Trzebusce było więcej (o czym pisałem powyżej w tekście o obozie); być może zachowała się gdzieś dokumentacja dotycząca działalności innego obozu kierowanego przez tę instytucję. Duże też nadzieje można wiązać z przejęciem sprawy Trzebuski i Turzy, przez oddział Instytutu Pamięci Narodowej w Rzeszowie, co nastąpiło w 2001 r. Słowa uznania należą się tu zwłaszcza pracownikowi tej instytucji Michałowi Kaliszowi, za podjęte przez niego wysiłki w tej sprawie  w ostatnich latach. Być może zawodowi historycy, którzy pracują w tej IPN natrafią na jakiś ślad, który przyczyni się do poznania tajemnic z 1944 r. Niewątpliwie byłoby to pewnym zadośćuczynieniem dla ofiar zamordowanych w turzańskim lesie; a także dla grupki tych ludzi, którzy zbieraniu informacji na ten temat oraz świadczeniu o tych tragicznych wydarzeniach – poświęcili znaczną część swego życia.

Pamięć

(…) Warto (…) dodać że od 2004r. organizowana jest dla szkół gimnazjalnych naszej gminy Patriotyczna Droga Krzyżowa, która swą treścią dotyczy dziejów obozu NKWD w Trzebusce. W 2010r. wzięły w niej udział szkoły z Trzebuski, Nienadówki (obydwie), Górna, Sokołowa Młp. i Trzebosi. Od dwóch lat można się zapoznawać z wystawą Trzebuska – Turza „Mały Katyń Ziemi Sokołowskiej”, którą przygotowaliśmy z panem Stanisławem Kulą w oparciu o materiały udostępnione przez IPN w Rzeszowie. Wystawa ta prezentowana jest na uroczystościach w lesie turzańskim, wystawach jesiennych w dolnym kościele w Trzebusce, oraz udostępniana zainteresowanym szkołom   i parafiom (dotychczas prezentowana była w szkole w Nienadówce Górnej oraz w kościołach w Sokołowie i Nienadówce). Wszystkich zainteresowanych jej udostępnieniem proszę o kontakt ze mną osobiście lub z ZS w Trzebusce, gdzie wystawa ta jest przechowywana. Ponadto od dwóch lat Miejsko – Gminna Biblioteka Publiczna w Sokołowie Młp. filia w Trzebusce, organizuje plastyczno – literacki konkurs „Patriotyczna Droga Krzyżowa – obóz NKWD   w Trzebusce i mord w Turzy”, w którym mogą uczestniczyć zarówno dzieci jak młodzież i dorośli z terenu naszej gminy. Kolejne edycje ogłaszane są na przełomie września i października. W dniu 5 września 2010r. parafia Trzebuska zorganizowała Patriotyczną Drogę Krzyżową sprzed kościoła parafialnego do miejsca gdzie funkcjonował Obóz NKWD w Trzebusce. Po nabożeństwie, ks. Proboszcz Władysław Szwed odprawił uroczystą Mszę św. polową, na której pomimo anormalnych warunków atmosferycznych, przybyła spora rzesza wiernych parafii. Była to pierwsza ofiara Mszy św. w miejscu więzienia jeńców Obozu NKWD w Trzebusce, następne mam nadzieję będą już tu sprawowane co roku bez przeszkód. W ten sposób dwie uroczystości: w Trzebusce i lesie Turzańskim – spięły by jak klamrą początek i koniec ostatniej drogi, jaką przebyła część jeńców NKWD; na pewno uroczystości w Trzebusce nie są „konkurencyjną imprezą” dla uroczystości w lesie Turzańskim, a takie nieliczne głosy się pojawiły. Chyba że krzewienie uczuć religijno – patriotycznych można uznać za przejaw konkurencji. Warto też nadmienić, że w 2004r. powstał pomysł odtworzenia na miejscu obozu jednej z ziemianek – co dało by początek swoistego mini muzeum. Niestety po 2004r. nie udało się go dotąd zrealizować. Podobne trudności dotyczą postawienia stałych stacji Męki Pańskiej, którew planach powinny łączyć miejsce Obozu NKWD z lasem w Turzy. Tu główna przeszkoda to miejsce ich ustawienia; trzeba by uzyskać zgodę każdegoz właścicieli pól, gdzie miały by być umieszczone. Ideę postawienia takich stacji popiera także biskup ordynariusz rzeszowski Kazimierz Górny, czy poseł Stanisław Ożóg. Mieszkańcy pobliża miejsca obozu NKWD, podjęli starania, zmierzające do założenia stałego oświetlenia tego miejsca. Lampa umieszczona na pobliskim słupie, oświetliła by cały jego teren. Myślę że powaga tego miejsca na to zasługuje.

Załączniki

Załącznik 1

 

Łagier w Trzebusce

-          zagrzebanie w lesie k. Turzy 

21 grudzień: czterech kapłanów

las na tamtej zbrodni pokutujący

swą trwogą otulić chciało.

Wracając, szliśmy pod wiatr, w oczy deszcz zacinał –

abyśmy jeszcze spod trzech krzyży

nie odchodzili?

                    Zrozumieliśmy: za mało modlitwy

                    za Koniewa. Za siepaczy jego.

Ludzie przez NKWD

tutaj zarżnięci – biedniejsi od tych z Katynia

Tamci

granitowym kłamstwem opieczętowani

dziś

kłamstwo granitowe

prawdą z kawałka biało-czerwonego

płótna, z a w s t y d z a n e .

 

                    TYCH Z NAMI ROZŁĄCZYĆ CHCIANO:

                    PRZEZ ZAPOMNIENIE NAKAZANE.

 

Bracia, jadąc od Stalowej Woli

przez Małopolski Sokołów

popatrzcie w prawo

i „Wieczne odpoczywanie”

zmówcie.

I ekshumację: pobitych apel wymodlić trzeba…

 

Kończę modlitewny i żalny wiersz

Ucichł wiatr, deszcz padać przestał.

W szczelinie między chmurami słońce

                    krwawo zachodzące. Ten prześwit-rana ciągle

                    świeża na pięknej szyi Brata sprzed lat.

 

 

 

Ks. Jan Kalinka   Trzebuska, Turza 1989 r.

 

Załącznik 2    

1944 lipiec 26, Moskwa. – Porozumienie między Polskim Komitetem Wyzwolenia Narodowego i Rządem Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich o stosunkach między radzieckim wodzem naczelnym a polską administracją po wkroczeniu wojsk radzieckich na terytorium Polski.

            Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego i Rząd Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich pragnąc, by stosunki między polską administracją na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej i radzieckim wodzem naczelnym po wkroczeniu wojsk radzieckich na terytorium Polski zostały rozstrzygnięte     w     duchu    przyjaźni,    zawarły    niniejsze    porozumienie w następującej sprawie:

 

Artykuł 1

            W strefie działań wojennych na terytorium Polski po wkroczeniu wojsk radzieckich władza najwyższa i odpowiedzialność we wszystkich sprawach dotyczących prowadzenia wojny, w okresie czasu niezbędnego dla przeprowadzenia operacji wojennych, koncentruje się w ręku wodza naczelnego wojsk radzieckich.

Artykuł 2

            Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego na wyzwolonym od wroga polskim terytorium:

a)      tworzy i kieruje, zgodnie z ustawami Rzeczypospolitej Polskiej, ustalonymi  przez się organami administracyjnymi,

b)      wprowadza w życie zarządzenia w sprawie dalszej organizacji, formowania   i uzupełniania Wojska Polskiego,

c)      zapewnia czynną pomoc radzieckiemu wodzowi naczelnemu ze strony organów polskiej administracji w przeprowadzeniu przez Armię Czerwoną operacji wojennych oraz w zaspokojeniu jej potrzeb podczas pobytu na terytorium polskim.

Artykuł 3

            Polskie jednostki wojskowe formujące się na terytorium ZSRR będą działać na terytorium Polski.

Artykuł 4

            Łączność    między    Polskim    Komitetem   Wyzwolenia   Narodowego  a radzieckim wodzem naczelnym będzie realizowana za pośrednictwem Polskiej Misji Wojskowej.

Artykuł 5

W strefie bezpośrednich działań wojennych łączność między polskimi organami administracyjnymi a radzieckim wodzem naczelnym będzie utrzymywana za pośrednictwem pełnomocnika Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego.

Artykuł 6

Z chwilą gdy jakakolwiek część wyzwolonego terytorium Polski przestanie być strefą bezpośrednich operacji wojennych, Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego obejmie całkowite kierownictwo wszystkimi sprawami administracji cywilnej.

Artykuł 7

Wszyscy ci, którzy wchodzą w skład wojsk radzieckich na terytorium Polski będą podlegać jurysdykcji radzieckiego wodza naczelnego. Wszyscy zaś ci, którzy wchodzą w skład Polskich Sił Zbrojnych, będą podlegać wojskowym ustawom i regulaminom polskim. Jurysdykcji tej będzie podlegać również ludność cywilna na terytorium polskim. Jurysdykcji tej będzie podlegać również ludność cywilna na terytorium polskim, nawet w wypadkach dotyczących przestępstw popełnionych przeciwko wojskom radzieckim, z wyjątkiem przestępstw popełnionych w strefie operacji wojennych, które to przestępstwa podlegają jurysdykcji radzieckiego wodza naczelnego. W wypadkach spornych kwestia jurysdykcji będzie rozstrzygana drogą wspólnego porozumienia między radzieckim wodzem naczelnym a pełnomocnikiem Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego.

Artykuł 8

            W ciągu całego okresu wspólnych działań wojennych wojsk radzieckich   i Polskich Sił Zbrojnych Polskie Siły Zbrojne pod względem operacyjnym podporządkowują się Naczelnemu Dowództwu ZSRR, a w sprawach zaś organizacji i składu personalnego – Naczelnemu Dowództwu Polskich Sił Zbrojnych.

Artykuł 9

W sprawie zagadnień finansowo-gospodarczych dotyczących Polskich Sił Zbrojnych formowanych na terytorium ZSRR, jak również dotyczących Polskich Sił Zbrojnych formowanych na terytorium ZSRR, zostanie zawarte porozumienie.

Artykuł 10

            Niniejsze porozumienie nabiera mocy prawnej natychmiast po podpisaniu go. Porozumienie zostało wydane w dwóch egzemplarzach, każdy   w języku polskim i rosyjskim. Oba teksty maja jednakową moc.

 

 

 

Na mocy upoważnienia

Polskiego Komitetu Wyzwolenia

Narodowego

Edward Osóbka-Morawski

Na mocy upoważnienia

Rządu Związku Socjalistycznych

Republik Radzieckich

W. Mołotow